x-pression blog

Twój nowy blog

cisza.

6 komentarzy

dzis nie ma slow w glowie. nie ma wsciekle dobijajacych sie zdan, wyrazen, metafor. zawsze ich burza tam gleboko, za zielonym blyskiem, a dzis cisza tylko. spia, zmeczone niekonczacym sie krzykiem. emocje tylko, tak bardzo nienazwane.
dzis ona, pustka po niej, bo kilometry ja zabraly. ja zamknieta, tlumilam swoje komplikacje, by stworzyc prosty usmiech. nie udalo sie. za duzo we mnie, i ta przekleta sciana, zlepek zlego, mysli chorych i wspomnien rozwrzeszczanych. a w nej cieplo tylko. moja zimna sciana.

wtulam sie w agresje, bo to moja moc. piesci zacisniete i przeklete slowa. bo lepiej wsciekac sie niz lzom pozwolic splynac, slabym. wiec je miazdze nerwami silnymi, a one przeciez bezbronne jak ja, postawic nie potrafia sie. i wtedy udawac moge niezniszczalna, i pewna siebie. teatr.

(tak jak ten przed lustrem, pudrowy dramat)

emocje bez slow. bo litery dopasowac ciezko do ich wzruszen. bo tak naprawde nie wiem, czym wrazenia te sa. przytulam sie do siebie, niepokornej, i czuje, czuje oddech kazdy z wielka moca.

slowa co sie z palcow sypia, o poranku i na dobranoc. deszcz, co z impetem morduje wycienczenie, splywa po miekkich ustach, rozciagajac je w usmiech. do niego. i bang bang w glowie.

(bardziej. za bardzo)

zabijam sie. zabijam chorymi myslami, nienawiscia, rezygnacja. soba. tak silna, ze skutecznie godze we wlasne serce. moja reka komplikacji. a przyjazn miala byc, ja i ja. kochanka fatalna.
zabija mnie wskaznik przy przerazajacej liczbie. moja obsesja. nozem w serce i poczucie kobiecosci. nie ma mnie juz, tylko ktos kim byc nie chce, wyrwac bym sie chciala z przekletego ciala. ukochane przeciez, a zdradza mnie.
zabijaja mnie oni, swoimi bezmyslnymi slowami, wylewaniem emocji o ktorych nie chce slyszec. swoich za duzo. okno za oknem, i slow tysiac, opowiadaja, pytaja, tak niewazni. chca cos znaczyc, a ja przeciez wypruta z uczuc, miejsca juz nie mam.

i wspomnienia, co goracej letniej nocy swoim usmiechem wrocily. i bol, bol ze juz nie… tylko grzecznosc.

i znow ukladanka, nigdy nie dokonczona, przekladane fragmenty. krzyk. mdle wizje, ledwo oddech lapia, ale dusza szybko sie i ich smierc tanczaca.

nie ma dzis slow. slonce je zabija swoja natretnoscia. klejace ciala, obrzydzona skora. tak jak sen.

mezczyzna.

7 komentarzy

odtwarzam mysli, mysli juz gdzies zanotowane, a takie nowe przeciez.

nocy tej, nocy piekielnie niespokojnej, kiedy skora jak poparzona, na kazdy bodziec wrazliwa. zadna nowosc przeciez, kawsze krzyczy o dotyk, mimo to intensywnosc zabija.

slowa sie polaly przez palce, wrazliwe jak zawsze, ty razem jednak umarly w otchlani komputera, i nie ma juz miliona mysli moich, nie ma wrazen, i tak jakby zniknelo to ze mnie.
zawsze daje siebie. przerazona, delikatna siebie. ile jej zostaje we mnie? a moze zrzucam ja z siebie tu, by wstac i pojsc przed siebie, lzejsza o te chore mysli?

nie ma motyli juz, zabite przedwczesnie, a to pewnie i dobrze, bo chore tak, ze bolaloby pozniej mocniej.
suche ich nieistnienie, a nawet pustki nie zostawily, jakby nie bylo ich nigdy. takim lepiej umrzec niz zyc bez zadnego celu.

a serce jak zwykle bije, krzyczy zauroczone, jak narkoman wije sie za swa heroina.

duzo o romansie bylo. tym, co strach ze nie istnieje juz.
bo nie ma juz gwiazd na niebie, i dwoch par oczu w nie wpatrzonych, bo wstydza sie w swa strone skierowac.
nie ma juz startych od zakochanych posladkow lawek w parku, w zaciszu pomiedzy drzewami.
juz nie ta era.
mezczyzna.
policzki rumiane, kiedy w rozpedzonym metrze puszcza ci hardcorowe empetrzy z nowego ipoda. coz za gest. dwudziesty pierwszy wiek.
a romantycznym jest jak czule wyciera swe nasienie z miekkiej skory twej twarzy i podnieconych powiek.
i wyuzdanie na internecie, lapczywe wirtualne dlonie, by spotkac sie pozniej i udawac ze nie stalo sie nic. bo w swiecie prawdziwym emocje kryc trzeba, taka cie wola.

a ja oszukalam ta ere. oszukalam dzis, i ukradlam swiatu jeszcze jeden usmiech romantycznosci. lapczywa.
dotyk jego, co do tej pory piescil okiem tylko.
sny co zabijaly. dzis zginela granica miedzy tym co w glowie, a tym co skora czuje. dzis sen stal sie. wkradlam sie w marzenia, i byl prawdziwy, on, przez siedemnascie godzin szczescia. smiech zmeczony noca przytulona, policzek spieszczony oddechem i rece na szyi spragnionej, dech zapieraly.

budzik realnosci jednak wkradl sie z wrzaskiem. i nie ma snu. tylko pamiec pocalunkow tych.
teraz ona w poduszke wtula sie. ja w slodka tajemnice.

dwudziesty pierwszy wiek wyzuty z romantyzmu. ukradlam ostatnie okruszki. teraz pora znowu zyc.

posprzatalam zycie swojego pokoju. mysli moje wszedzie, przeszlosc zapomniana. znalazlam swoj bol. lza niechciana, oczy szkliste, ekran tworza dla obrazow zdarzen zlych. podglad cierpienia tamtych dni. stop. wyrzucilam juz. by wiecej nie znalezc przy porzadkach fragmentow mych.

seduction.

27 komentarzy

bedzie dlugo. bo mysli rozszalale, bo walcza we mnie o najcieplejsze miejsce, wrazenia chwil miliona.
gubie je, gubie wciaz. a z nimi siebie.

moja codzienna droga do pracy. siedemdziesiat piec minut mnie. razy dwa. siedemdziesiat piec minut ukladanki. otwieraja sie drzwi wagonu, a z nimi pudelko puzli w mojej glowie, moje leki, pragnienia, i ta wrazliwosc, przekleta wrazliwosc, bodzce z kazdej strony, i co z nimi zrobic mam… widze czego widziec nie chce, dusza otwarta na wszystkie strony a swiat uparty wrzuca w nia wszystkie swoje emocje, cala swoja sztuke i tajemnice. bezradnie rozkladam rece, bo coz z tego ze widze, coz z tego ze wiem, skoro maloscia swojego umyslu poradzic z tym sobie nie umiem.
i jade, ciepla won podziemia szarpie moja skore. ciekawe czy piwnice mojej podswiadomosci pachna podobnie. a szczury zlych wspomnien, smierci, krwi i bolu, wgryzaja sie chciwie w spokojna terazniejszosc.
ukladam. fragmenty szalenstwa, niedorzecznosci, w codziennym pociagu mysli wyjatkowo do siebie zdaja sie pasowac. natchnienie, bo juz widze siebie, bo wspielam sie na palcach, i roztrzesiona dlon wyciagnieta w niebo dotknela mojej jednosci.
enigma. i zniknal znak zapytania, jest moj obraz, i choc niepewna cieniutka przestrzen miedzy fragmentami puzli, to je skleilam w swoj obraz, tak rzadko wyrazisty, a teraz widze, teraz wiem, teraz moja ja.
magia pociagu. dlaczego kazdego dnia, mechanicznie, te drzwi sie otwieraja, i taniec mysli..? skladam siebie. chce ta madrosc, swiadomosc siebie zatrzymac, ale wysiadam, dojechalam, i niewidzialny wiatr rozdmuchuje male kawaleczki introspekcji, i juz nie, juz nie ma jednosci, nie ma mnie, nie ma oswiecenia i swiadomosci, juz znowu burza i chaos mysli. i emocje niespokojne, bo dusza wciaz otwarta, ale wojna znow, i znowu zgubilam siebie w tym natloku wrazen.
i wscieklosc, nieopisana zlosc na nadmiar mysli, analiz, bo ja juz nie chce, nie chce widziec, i usilowac wiedziec.
tak latwo by bylo nie myslec. tak latwo by bylo nie widziec. zimne serce miec i nie dostrzegac jak zrozumienie skomplikowane jest.
rozszalala dysharmonia.

zrywam z siebie resztki bolu. rozdrapuje z pasja. nie tego co gleboko, gdzie tetno niespokojne. tego z ktorym romans mam.
tego ktorego ze mna doswiadczyl on, on i oko jego aparatu. a tak naprawde moglo go nie byc, bo to moj fetysz, moje pragnienie, ale byl, i czul ze mna. wpuscilam go w swoja intymnosc. i choc moje cialo nagie, to najbardziej rozebrana osobowosc, i wtedy wiem kim jestem ja. zimne struzki czerwonosci na rozpalonej skorze. geste lepkie samoistnienie. i on. on co pierwszy takiej mnie doswiadczyl. bo nigdy dla kogos…

wkradlam sie w nia. tym razem ja. jej chore slowa, poszukiwanie siebie, sklejanie duszy swojej. trzydziesci piec bialych spokojnych kartek poszarpanych drobna czernia jej lekow i zaburzen. na dzis tylko tyle, trzy miesiace zycia nieswojego.
empatia. i jak mala dziewczynka, przylapana w garderobie mamy w komicznie za duzej sukience i szpilkach ja jej dwie stopki duzych. bo to nie moje emocje, a tak w nich mi dobrze, przymierzam, dotykam. szminke tez ukradla.
i mysle…
rozbieram sie tu, rozbieram bardziej niz przed aparatem, bardziej niz kontowersyjna heartcore. ze wszystkich swoich slabosci. zdzieram z siebie maske nieczulosci, i stoje tu, nadwrazliwa, przytulona tylko do dalece posunietych zaburzen (oprocz zaleznosci), a oczy chciwe lapia slowa moje, przymierzaja je, ogladaja, ze wszystkich czulych stron. jak wam z tym…?
aseksualna nagosc.

moja ona. zniknela na chwile, zniknelysmy my. a bylysmy czyms, dla siebie, w sobie, rozowym tuszem wrosniete pod skore. i przez chwile tylko pamiec londynskich nocy, i strach ze juz wiecej nie, ze ona nie chce. zazdrosc, zazdrosc zrodzila zlosliwosc, i wszystko nagle potluklo sie z niemym trzaskiem.
a przeciez mialo byc na zawsze.
blizniacze slowa, skora moja na zawsze nia oznaczona. i ona pomalowana we mnie.
rece wyciagniete znow. dotyk przyjazni.(a ona mnie maluje, kochana…)
zlap ze mna, zlap i sie wsciekle trzymaj. never regret.

motyle. w moim zoladku motyle. w nim, co nie wierzyl ze jeszcze mozna, trzepocza wsciekle podekscytowanymi skrzydlami. serce goraca krew wyteskniona pompuje z wyjatkowa zaciekloscia, i usmiech od niego, i lody slodkie jak to uczucie i serducho puka, no bo kurwa wiosna przyszla. a on razem z nia.

wrazenia chwil miliona.

mialy byc natchnione slowa o tym jak dziwnie, o burzy tam gleboko, za oczami. mialo byc zamyslenie. ale lekkomyslnosc lapczywa, rwie mnie nieustannie, nie pozwala odetchnac, wiec nie przystaje…
tylko wieczorem czasem, gdy cisza wrzeszczy, przytulam moja magie i szukam siebie. paradoksalnie, w sobie. ile jeszcze mysli uplynie, nim spokoj?
burza emocji, zamet moj, dawno juz oswojony, wciaz jednak wycienczajacy.
moje slodkie zaburzenia osobowosci. wszystkie niemal (poza zaleznoscia). jak toksyczny mezczyzna, co niszczy, a ty wciaz do niego lgniesz.
moglabym z nimi tam, gdzie rutynowo zaklejaja popekane charaktery. psychologia sie to nazywa. ale… te wszystkie rysy moje, wszystkie uszczerbki i pekniecia, one moja twarz uksztaltowaly. cala ja. x-pression, heartcore, xbanditax, czy po prostu ala. to ja jedna, wszystko co mam. moja kochanka. i nie dam wyrwac siebie, chocby popekana.
szukam jego. czuc juz chce, a serce lodowate wciaz. szukam w nich. ile jeszcze ich zranie, zanim ktos z kim na chwile przystane? i zlosc tylko ze zabral milosc moja, a ja bym stopniec chciala juz…
rozbieram sie. tym razem nie tylko metaforycznie. skora rozkrzyczana, rwie sie do oczu aparatu. dziwka, mowia. a to wciaz ja. i bedzie suicide girls, i bella vendetta, i to wciaz bede ja. not your vision.

burst

8 komentarzy

chcialam slowa przeprosic, przytulic sie do dawnych mysli, a nie umiem, bo tak dziwnie juz. topie sie za to w photoblogowych wylewach, ten chory swiat, moje fetysze i ich uprzedzenia.

chcialam sprobowac znow, wtulic sie w meskie ramiona i po prostu zatrzymac sie na chwile. bo w umysl wkrecil sie. w glowie jednak krzyk i strach. mialy byc banki zaufane, a wiatr mysli chorych rozdmuchnal je i pekly wszystkie. a tak chcialam to czuc…

przyjazni smierc. falsz. i ostre slowa, bol w telefonie. oni co bol zadaja, one co zdradzaja. lojalnosc?

wojna w kobiecie. smierc w kobiecie. bo nie tylko mysli jak noze, ale i cialo, cialo sie poddaje. piersi nieposluszne i bol w podbrzuszu. lekarzy tyle juz. tak, prosze poczuc po lewej stronie, do sutka przytulone. i tylko wymaz jeszcze, pani w majtkach to wesolo ma, ale zbadac trzeba.
krzyk. gubie swoja kobiecosc.

i te tabletki, pigulki, o miekkim poranku i na rozwrzeszczany wieczor, biale, zolte, cala paleta chemiczna, i ksztalty przecudne. we wszystkie dziury swiata.

i ten krzyk, jej glosny krzyk. ich milczenie.

femme fatale

8 komentarzy

meskosc. i choc nie moi, to kazdy w glowie gdzies, to kazdy kawalek drzacego serca rwie. szarpia, a ja chetnie rozdzielam kolory na piersiach i otwieram te czerwien krwista. tak, bierzcie mnie, kradnijcie moje emocje. mysli wyuzdane.

moi oni, bo kazdy codziennie swoje miejsce ma, bo witaja o poranku i na dobranoc pocalunki z liter sklecaja… rozpieszczona.

*

nie umiem kochac juz, on mi to zabral, on, co jedyny, ktoremu to slowo potrafie dac. bo jego zawsze bede i on mnie, bo milosc zycia nie co chwile zdarza sie. choc inny wymiar juz to, to ja go wciaz… tak. kocham.

wydarl to slowo ze mnie, i niczyje uszy nie uslysza go juz.

na chwile wkradl sie on. tobben. zabilam te milosc. jego milosc i moja iluzje. jestesmy martwi kochanie, a nasze serca nie znaja juz sie. slowa juz nawet umarly.

ale serce wciaz bije resztkami tchu. wyrywa zycie z oddechow meskich, bo on, i on, i… westchnieniami krzycza, wolaja, zatrzymac chca moj oddech dla siebie, a ja sama nie zdolna do tchu zlapania…

ten, co w serce nagle sie wdarl, i upiera zostac. bo pytania chore w glowie nie musza istniec, wystarczy byc. wstyd nawet sie nie narodzil. dni kilka tylko, i wymienic oddechy, i noc bedzie krzyczec.

i jest ten, co wkrada sie noca w moj telefon. skora rozwydrzona, wymyslila, zachciala jego dlonie. kusze jego slabosc. nienawidzi za to, ale wciaz jest, tym cichutkim dzwiekiem i wyuzdana wibracja, kiedy moje cialo rozmarzone w polsnie. i jeszcze tylko chwila, a wybuchnie to pragnienie.

i on, niesmiale oczy, pod nimi ogien. on, co szarpie moje mysli, drze moj oddech, on co brutalnymi slowami moje piersi drapie. zabija mnie dreszczem. krople krwi na dobranoc. a wyobraznia krzyczy o wiecej.

*

a to wszystko w myslach tylko moich i ich, wsciekla wyobraznia, slowa niecierpliwe, rwa sie na powierzchnie. moze jutro.

a ja nie umiem kochac juz

kochanie. wrasta we mnie. zagniezdza sie gleboko. strach, ze znow noz w serce i radosc, bo milosc w oczach. chociazbym miala zginac, to w ramionach tych.
w ramionach tych. a w mojej glowie chaos dzieje sie. czeka na pocalunek w czolo.
*
nacisnij spust kochanie. bang.
ciemna sala. muzyka daleko. przeszlosc i przyszlosc.
dlonie dzisiejsze do mnie przyklejone, do tej pory upragnione, a dzisiaj… obce takie… cialo obce na mnie, i milion pytan, i ten wzrok, wzrok co morduje moje oczy, a ja chcialabym tylko uciec, uciec daleko, uciec do nieba.
dlonie minione na kims innym juz. nie wytesknione, ale wciaz dziwnie tak, moze dlatego ze to ty, choc wiedzialam ze taka bedzie puenta. i czuje te oczy na moim karku, kilka par oczu, przeszlosc patrzy sie na mnie a ja nawet nie wiem czy jeszcze moge zlapac oddech. bo powietrza w plucach brak.
jest on, przez chwile wymarzony, chce powiedziec „przytul mnie”, nie ma jak jednak, bo czyjes cialo mnie sciska i nie wypada tulic kolegow, a te lzy miedzy powiekami tak bardzo potrzebuja schowac sie w ramionach czyisch.
i mysli tysiac. biegna, plyna jak ta woda w kranie, ktora puszczam po to by zagluszyc krzyk w glowie, przerazliwy wrzask. saczy sie do zlewu, leje mocno, i ona nagle, jej twarz, usta moje zawiazane, bo tak naprawde chyba nic do powiedzenia juz nie ma, tylko pelne slow nienazwanych spojrzenie.
metro. glowa na ramieniu moim, ciezka wbija sie we mnie, boli, bo ja juz nie chce dla mysli w tej glowie byc spoczynkiem. pedzi wagon po szynach, uciec nie ma gdzie tylko przykleic usmiech, dzielna udaje. on wyjatkowo nie chce rozmawiac, nie chce pytac, rozgrzebywac uczuc moich przerazonych. za to go dzis kocham. za chwilowa cisze.
*
wiatr, rece rozpieszczone mrozem. rece jego wzynaja sie w jej slabe biodra. wrosnac by chcialy. ona zimna, roztrzesione mysli. czolem tylko przytula jego spierzchniete usta, by oczy jego nie widzialy jej spuchnietych powiek.
i wscieklosc, jak ten wiatr, przeszywa kazda ich komorke. zlosc na te dni minione, na kazda chwile ktora destrukcyjnie w ich glowach zamet siala.
jej lza. oczy cierpia, rodza wilgotny owoc, lze przerazona. skula sie w cieplym kaciku oka, ale powieki roztrzesione nie chca jej. plynie wolno wyzlabiajac smutny strumien na policzku, caluje kacik ust, wypala slona blizne na brodzie, jak jezyk wedruje po jej szyi, piesci obojczyki, i wreszcie piersi, jedyne rozpalone miejsce na jej skostnialym ciele, jej piers, i serce, wypala dziure jak to ostrze w glab serca, i na tym sercu usycha, umiera…
ona juz tez martwa. wyciera wilgotna skore, dzielnie wspina sie na palcach. siega ustami ku jego twarzy. wargami nocy minionej poszarpanymi caluje go w wilgotny policzek.
odwraca sie i znika, odchodzi daleko, zabiera swoje mysli chore i nie ma jej juz przed oczami jego.
nie wiedzial jeszcze ze ten pocalunek byl ostatni

zimne kafelki. krew. tak kochanie, ona jest szczesliwa.
to jej romans. zakochane ostrze.
slowa sa martwe. bog, ten na gorze, nie zrodzil jeszcze odpowiednich. a moze juz nigdy…
bo to zycie, malenka. usmiech. slodki dodatek do chaosu ducha.

zgubilam gdzies slowa. tylko potok emocji nienazwanych i mysli nieskazonych literami.
bylam w niebie. tak, tam wysoko, gdzie anioly. zabral mnie znow, tym razem z calym sercem jednak. my hero. my man.
potem on tu. nawet sniac usta sie usmiechaly. slonce i my. noc i my. milion wspomnien. miesiac temu mysli niesmiale zaklete w kuli marzen. dzis to jest naprawde. westchnienie. nawet heaven shall burn nam zagralo rez chwile, gdy oddech ten na szyi mojej.
bo czasem wystarczy chciec. i wszystko stac sie moze.
walcze z przeszloscia. bo od milosci do nienawisci tak krotka droga. juz nie chce tego niepokoju w glowie. wez go sobie. ty i ty. podzielcie sie jego klamstwami.


  • RSS