x-pression blog

Twój nowy blog

zycie

4 komentarzy

kolejna. ta z tych kiedy energii tyle, by zmienic, by zyc. by wreszcie do przodu. jak zwykle, w ciemnosci, kiedy pojsc nie ma jak.
a rano znow cisza ciala.
przekleta noc.
pocaluj moje zycie.

zmeczone usta, tak. gorace jednak wciaz.

zycie. myslalam ze nieporadna tak. teraz dopiero, gdy codzienny seans rozpieszczony, widze jak daleko nieudolne moje kroki mnie zabraly. nie marze o zyciu, zyje. myslisz ze martwa tak. nie. moje rece nie umarly w pierwszych chwilach zycia.

chwila agonii znow. ale wstaje powoli po raz kolejny, inna jednak, inna o uczuc wiele. rodza sie ze mna te niepoznane, innych za to smierc.

nie umiem. a moze po prostu jeszcze ne teraz. moze to dopiero czeka mnie.

chcialabym krzyczec. nie tym niemym, co rozdziera mnie. nie tym wyuzdanym gdy dotykiem skora wypalona. krzykiem prawdziwym. miasto glosne tak, a na moj wrzask nie ma miejsca. takiego halasu nie lubia. a ja marze by nocy milczacej pluca rozedrzec do nieba.

rozmowa. ja o sobie. ty o sobie. wcale nie slyszymy sie. egocentryczne monologi zabijaja sie o chwile ciszy, by ja soba wypelnic. nie lubie takiej przyjazni. takiej co nie slucha.

zycie. moj najlepszy romans.

wilgoc.

10 komentarzy

emocje zalegle. slowa ktore juz umarly. mysli o oddech walcza, coraz slabiej juz.

krew. stapiaja sie we mnie, slodka cisza i bolesny krzyk.
splywa goracem swoim po szyi, na zdarte kolana, rece po lokcie czerwienia wymalowane. moja niewinnosc. lzy nawet slonosc stracily, male tak przy smaku szkarlatnej wilgoci na ustach. szminka, pomyslal bys. a ja moim zyciem wymalowana. pulsem rozpaczliwym.

miekki sen. surrealne sekundy wrosniete w zastechla przestrzen. spowolnione mysli, ruchy ospale. miedzyrzeczywistosc. szara tak. tylko jedna mysl kolory rozpala. czekoladowe rumience.
mysli ktorych nie uslyszysz.

szalenstwo. krzycze na siebie, codzienna awantura. wsciekle paznokcie do czerwonego bolu wdrapac sie probuja, wlasne cialo zdradzily. a ja martwa przeciez, bol zasnal dawno. siebie nie zabije, pulapka mojej pasji.

szalenstwo. dramat przed lustrem. przemyk w tle, juz nawet usta milczec potrafia. oczy dzis wydzieraja sie. lza za lza, rozmyly gruba warstwe pudru, wycieram szybko i znow przyklejam gladkosc do zniszczonej twarzy. wilgotny krzyk kredka zamalowuje.
bo jestem taka jaka zrobie.
dramat na szpilkach. kroki nieudolne.

szalenstwo.

przyjazn co cieplem i wrzaskiem na chwile wdarla sie. najwazniejsza, a nieporadne chwile. zlosc za zloscia. plecami odwrocony usmiech. ramiona co nie ukochaja juz. nie wyszeptam „prosze”. tez plakalam, wiesz.

czekoladowe sny. niecierpliwosc. i ten strach, tak jak zawsze, glosniejszy jednak. kobiecy lek. lek ze nie podolam.

powiem tylko „zgubilam sie”.
innych mysli nie uslyszysz.

spektakl

14 komentarzy

cialo umarle. zgnila kobiecosc wije sie resztkami usmiechu. upadla. niezliczone dlonie co jej cialo oblepialy, brud zabrac mialy. a na tle ich bialych fartuchow ona jeszcze bardziej parszywa. bardziej chora.
mdlosciami spowita. slodka czern przed oczami. i juz nie wie czy to powietrze mdli tak, czy jej niegdys cieply zapach.
zaropiala kobiecosc.
mechaniczne ruchy. mechaniczne lzy. jedna za druga, kazda krzyczy coraz glosniej. moja prawda co dzwieku nie ma.
potluczona twarz. popekane fragmenty zdaja sie miec sens, ale calosc… nie ma mnie. znieksztalcona.
przyklejam do siebie slodycz. brudne cialo oklejone coraz bardziej miekkim rozem, roztanczonymi koronkami, blaskiem diamencikow, zapachem pudru. skrupulatnie dopieszczam kazdy centymetr. i tylko pod powiekami cieniem otulonymi, pod juz tyko metna zielenia, ja zgnila tak. spojrz naprawde, a zobaczysz ten krzyk.
nikt jednak nie patrzy. swoje twarze tylko widza.
wiec dalej usmiech maluje. bo wola rozowy teatr niz brudna prawde.

overdosed

5 komentarzy

noce kiedy obled. noce kiedy oczy zamknac nie chca sie. i przemyk moja (a ona przeciez tylko, jak wariuje).
o cisze krzycze. w glowie przerazliwy wrzask, wrzask dni ostatnich.
bo brud juz nie tylko w srodku.
brudne cialo. nie tylko dusza juz, opuchniete, zaropiale, parszywe fragmenty mnie. lapczywy przelyk, chcial ukoic bol. bol co krwia chlapal sciany wytrzymalosci. gluchy bol.
mechaniczne dlonie, upadek za upadkiem w usta wpychaly. coraz nizej, coraz slabiej.
brudne cialo w klinicznej bieli. zyly iglami wypieszczone. martwa ona do lozka przybita. do konca smierci. oby sie narodzic znow…
brudna twarz. rysy nie jej, nienawisc do luster. ksztalty obolale, brudem zainfekowane. wstyd.
noce, kiedy tylko lzy wyczerpane… bo nie tak. nie mialo byc bezradnosci tej, paniki co zabija, palcow w podrapanym gardle, polamanej kobiecosci, nie mialo byc brudnego ciala. inaczej.

„mysli zle, troche ich mam, zabierz sobie ile chcesz.”

.

5 komentarzy

nienawidze swoich slow

krzyk

Brak komentarzy

a jej oczy milcza.
krzyk nieistniejacy. przestrzen gesta tak, dla niej miejsca nie ma juz. jej swiat a sie rozsiasc w nim nie moze.
oni zachlannie biora, kazdy atom jej swiata kradna. bezczelna zazylosc.
a jej oczy milcza.
przyjazni smakowala, niesmialo, bo niewierzaca. miekkie okruszki ostroznie wkladala miedzy watle wargi. slodki posmak.
trucizna.
a jej oczy milcza.
bo widzi kobiecosc. one, ich desperacja. mowia ze niezalezne. oni, co morduja ich normalnosc. one, slabe, poddaja sie znow.
a jej oczy milcza.
slowa niewazne juz. moge z nimi jak na placu zabaw. i co. serca nie opisze.
moge sluchac pieknych. i co. od scian sie odbijaja, zamiast od twojej skory. moge ci je mowic. i co. nawet grymasu twarzy nie widzisz.
po co ci one?

za bardzo. krok do tylu.

a jej oczy krzycza.

7 komentarzy

tak latwo powiedziec kocham, gdy zamkniete oczy, a serce po omacku. naiwna, ze prawdziwe to. bo przeciez bije, bije o ciszy poranka i rozwrzeszczanej nocy. i to slowo, przeklete. u mnie, ktora kochac przeciez nie umie.
zimna, powiedziala o mnie. mowi, ze uczuc nie mam.
a we mnie burza w kazdej sekundzie. tornado, wsciekly wir nieprzerwanych uczuc z serca wyrwanych, miekki usmiech i ostre rysy zdenerwowania, lza rozpalona, dreszcze podniecenia, ciemna twarz strachu, radosc pulsujaca razem z tetnem, i nawet kochanie, tam gleboko, pod tym kolorowym (prawdziwe tez mam).
mowi ze ona czuc nie umie.
a ona czuc by przestac chciala.
tak latwo powiedziec kocham we snie. kochac nieznane.
(a czy jak dotkniesz tez pokochasz?)

obled

14 komentarzy

pokoj. moj maly obled. klatka mysli chorych, slow wyrzutami skrwawionymi.
bo nie ma zrozumienia, nie ma tego, co kiedys tyle energii dawalo.
jej slowa morduja.
ranisz. noz. placze. w. jestes zla. serce.
z calej sily, ono slabe, moim obledem poszarpane, a teraz ona swoj wbija we mnie, wbija do krwi slowami wykonczonej.
jestes nieczula, krzyczy, a przeciez nigdy nie bylam, przeciez to moja twarz. zimna. odlegla.
wrzask w glowie. uciec by chcial daleko, ale nie moze bo to jego miejsce. tak jak ja. ja, krzyk przerazliwy.
lza wypala policzek. wpija sie szybko w zmeczona skore, chowa przed jej oczami. milcze o zlosci, bezsilna, slow wydusic z siebie nie umiem. a moze wybor to moj, by nie robic tak jak ona, co poczucie winy przykleja do kazdej mojej minuty. wiec tylko obledna maska ciszy na mojej krzyczacej twarzy.
tylko noc kolysze. a rece na piersi, serce chronia przed ciosami.

krew

5 komentarzy

dzis, co dla mnie szarpiacym bolem w podbrzuszu jest, a dla ciebie tylko zapomnieniem. tego samego dzis wyrwal mi ja spod serca. zabral brutalnie zalazek milosci, ktora do konca miala byc. i tylko malenkie skarpetki zostaly, w nigdy nietknietym pudeleczku. zamknieta relikwia krwi. jedynej krwi, ktorej nie chcialam.

lza. i twoje zapomnienie. bo tak slepy nowym zyciem, oszukanym. i tak juz nikim stales sie.

obraz. brudna wanna. w niej jej bezsilne cialo. tak chciala ciepla, komfortu, a dal jej tylko brud i zimno. zrezygnowane dlonie myja martwa skore, bol uprzednich dni zmyc usiluja. ale krew. krew wczorajszego upadku, poszpitalne resztki zycia w podbrzuszu. przerazona struga krwi scieka po niby-bialym brudzie. jej krzyk. bo morduje w sobie ta swiadomosc, udaje ze nic, ze wcale nie, ale ta krew, jej krew, brutalna ewidencja konca. ewidencja smierci. jej wrzask.

jej koniec

znajduje slowa w kieszeniach, mysli z glowy wyszarpane, swistki mnie, co nigdy w calosc nie skleja sie. bo martwe przeciez… jestem slowami.
i te wszystkie pytania, co tez z liter zlozone, szukaja na siebie odpowiedzi w rozu dlugopisu, twardej strukturze klawiatury, na schludnym druku przytulonym do miekkosci papieru, i w spiewie glosnikow do ktorego nuce zamyslona. wszystko slowem. obklejona w wyrazy, litery zdania, jakby to pomoglo zrozumiec, jakbym ja latwiejsza stac miala sie. uwieziona, ciasno zwiazana slowem, co do krwi wrzyna sie.
i on nawet, moj dzien dobry i dobranoc, tylko slowem istnieje (a dlon krzyczy wsciekle by twarzy dotknac mogla). on, co slowa mi go daly. elektroniczna kaligrafia. poezja komputera.
ona krzyczy o nie, o moje slowa, bliskie, cieple, chce slyszec uczucia moje, a one przeciez nigdy nienazwane. wyrwac slowa z mojego serca by chciala, a ono ciche, gestym milczeniem spowite. nieopisane.
a kiedy zasne, tylko cisza…


  • RSS