snie o moich mezczyznach. tych ktorych mialam, ktorych wciaz mam i ktorych wiem ze posiade. o rozkoszy i milosci. lubie sny o ich dotyku, lubie budzic sie z cieniem dreszczu na szyi zmarznietej.
 
a dzis snila mi sie smierc. krew na jego twarzy, strach rozdzierajacy i jedno slowo – „kochanie”. moje kochanie ostatnim oddechem rozpalone, jego dlon na pozegnanie. pocalunki ostatnie i zasypiajacy puls rozwrzeszczany.
obudzilo mnie cieplo lez na policzkach. wciaz byl obok. usta ukochane na mojej szyi, jego uspione dlonie na biodrze mym przerazonym. otulilam go jeszcze mocniej, za oddech jego nader zywy. to przeciez tylko sen. wtedy zrozumialam – kocham. kocham go i juz sie nie boje.
 
choc wiem ze umre w ramionach jego niedostepnych.