ostrze zaufania z milczacym zapamietaniem wpilo sie w moja grzeszna skore. piersi zakwitly przerazeniem. moje nigdy o twarzy milosci.
lubilam sie w niego ubierac. co rano zapach jego psychozy na siebie zakladac, wtulac sie w cien jego zaburzen na rozwidleniu ud mych niecierpliwych.
kochalismy sie z cierpienia. rozpacza ciala roztrzesione, drgajace samotnosci wrzaskiem. biodra splecione w bolesnych konwulsjach niekochania.
oddalam sie zagladzie, wyuzdanej. wargi nieufne wypieszczone pocalunkami bolu. rozszarpane.
dlonie pulsujace nienawiscia, zwijam swa rozpacz w piesci. szmer wrzasku nad kolejnym koncem, kolejna smiercia.

z bolu sie rodze setny raz. otrzepuje piersi z jego krzyku, z milosci toksycznej wycieram twarz. maluje zagadkowy usmiech i wgryzam sie w kolejny grzech.
badam zapach nowej skory. nie znajac sie, rozmawiamy cialem. ucze sie ksztaltu jego ust, otwieram sie w delikatnym mruczeniu do jego ucha. zdecydowane dlonie na wypuklosci posladkow mych poznaje.
juz mam ulubione miejsce na mapie jego ciala, to ono mi go dalo. wtulam w nie rozpalony policzek, wdycham zapach wytatuowanej skory. w krzyk serca nieznanego sie wsluchuje.

boimy sie siebie nawzajem. intymny sen dwojga obcych sobie ludzi.