slow milion, a nie ma przeciez ich. bo to z ciszy jestesmy.
jak dobrze budzic sie. jego dlonie na mnie, przy mnie, we mnie. brutalna czulosc.
dzis czysta karta. moglabym zapomniec kazde wczoraj, zostawic cala burze swa. bo przeciez teraz tylko on.
za plecami milosci tyle. ty ty i ty. znaczysz swiat, mowilam. nie zapomne, tez. klamalam. moglo by was nie byc wcale. to on pierwszy jest.
nie umiem, myslalam. nie umialam was. nie-mezczyzn, desperacji tej, lez i zazdrosci. teraz wreszcie to.
perfekcyjny chaos.
wybuchl na sofie i na fotelu. w kaluzy na zakrecie, w swietle latarki. przez przepascie i doliny, podrapany dzikoscia roz.
uwielbiam byc twoja. jestem. takie proste to.
wtulac sie w twoja bluze, zapachem swoim ja rozpieszczac. chodzic nago po twoim mieszkaniu, klamac ze dawno wstalam. mowic „tratata”.

nienawidze wczoraj. jego nienawidze, za bol ktory mi dal. za podrapana paranoje. mialam wolna byc juz. od dnia, gdy odwrocilam sie na piecie, i zrzucilam go z siebie. jednak nie. przegladam sie w ukochanych oczach. otwarta tak. sam brud. paranoidalna rozkosz. strach.

a on go ukochuje.