smakuje spokoj, by sie przekonac jak bardzo lubie zamet.
ich twarze, wbijajace slowa w moja glowe. ze zatrzymac sie juz czas. bo juz pora. a przeciez gdy tylko na chwile przystaje, uciekac jeszcze bardziej chce. czerwien serc zdeptanych za plecami.
jeszcze nie. jeszcze dluga droga.

brzydze sie. te oczy potulne, blagajace o sekunde mnie. na kiwniecie palcem. ulegla desperacja w kazdym pelnym nadziei spojrzeniu. jak pies. moglabym rzygac kazdym pocalunkiem.

a to ja mialam byc bonnie. moje usta slaboscia roztrzesione mialy byc.

przedwczesna zima uczuc. niedorzecznie.

patrze na nasze ostatnie „wspolne” zdjecie. przypadkowe tak, nawet nie wiesz ze istnieje. miedzy nami tyle ludzi. przyjazn rozszarpana. nieistotna. moglbys chociaz sklamac.

noc nad londynem.
wsciekly wiatr drapie moje usta. prawie tak jak jego bliskosc. zatapiam sie w siedzeniu jego jaguara, rozpieszczam slowo kazde pomnozone przez usmiech.
moj swiety moment nad tamiza. nie wiem juz co zachwyt wiekszy wzbudza, to miasto najpiekniejsze, czy on, ten on, bo przeciez juz wiem ze to moje jutro. dlonie silne co sie we mnie wbija przed oczu tysiacami.

moglabym do niego sie modlic z uwielbienia.

moj pan.