smakuje go do snu. krople tesknoty zagryzam kesem pragnienia. glod jego ramion rozpieszczam w te noce niespokojne. miekka slodycz zmyslow.
moje male zakochanie.

strach nieistnienia.

meskosci mi brak. tej, ktora juz chyba smiercia okraszona. brudnej brutalnosci, chamstwa i sily.
niepewnosci mojej. czy dotknie mnie swoim silnym, karmiacym fetysz zyl ramieniem. czy kacik ust zadrga na nietykalnej twarzy. czy moj oddech wyrwie z warg roztrzesionych.
zimnej twarzy jego, a moja tylko slaboscia otulona.
nie chce po prostu wiedziec i miec. to moje serce ma miekkie byc.

cywilizacja wypruta z romansu. agonia mezczyzny. silnego, pozadanego mezczyzny, ktory kazdego dnia toczy wojne ze swiatem, podczas gdy my rodzimy kokieteryjne usmiechy i ladnie wygladamy. nie, nie jestem feministka.

ona i on. odwieczny teatr. jej zdesperowane lzy, jego zimna twarz. niepewnosc w rozpalonej kobiecie, jego meski chlod. i ain`t no loverboy, mowil. a przeciez kochal ja i tak.
ale oni umarli. kurtyna rzeczywistosci zabila romans.

snily mi sie rece na mojej szyi. silne meskie palce zaciskajace miekkosc zycia. usta jego polykajace ciezki oddech moj. wyuzdany.
snila mi sie moja skora, slady dloni na tatuazach odcisniete. siniaki.
wlosy wyszarpane w rozpalonym wrzasku. i slodki zapach krwi.
tak, lubie takie dlonie.
te co robia to dla siebie, nie by nakarmic moje sny.

(a moze ich nie ma)

ona. wspolna krew nasza i noce nieprzespane. juz za chwile znow jej kocie oczy i smiech przed lustrem.
to jest moj romans.