bol. nie ten wybrany, ale bol co spac nie daje. prawa piers nieudolna.
zabic go probuje. dusze go – wciaz zyje, tylko odciski palcow rozszalalych na mojej szyi.
czaszke jego rostrzaskuje – on wciaz silny, a na mojej glowie krwiak.
godze go w same jego serce – nic. coraz wiecej tylko kropek czerwonych obok sutka.
zestrupiala kobiecosc, bezsilna tak.
i mezczyzna ten, znow. ten, co tamtego wrzesniowego dnia. palce jego na mojej skorze. mialam juz nigdy nie zobaczyc go, a znow mu sie oddac musze. ostrzem cieniutkim piesci stwardnialy bol.
wojna w kobiecie.

znow. a moze nie znow, bo przeciez tak inaczej. mala burza w glowie.
slowo kazde na milion rozdzieram. slodkiej krwi w nich szukam co usta miekkie czerwienia smiala ubarwi. kap kap.
usmiech tak niespodziewany.
emocje tylko przeklete, oddaja sie zbyt latwo. znow sie wije w brudzie slabosci, otwarta przed nim tak.

maske zalozyc. zeby nie widzial.