juz tylko pocalunki miasta na jej ustach rozpalonych. tak, to chyba milosc. jedyna, ktora wciaz zyje. bo kazdej innej smierc.

przytula palce skostniale do filizanki herbaty za funt dwadziescia. miala byc randka z toporem, ale zbyt martwe mysli na kolejne usta na jej sercu. szal bezruchu.
za oknem oni, meskosc rozszalala. jej twarz gwalca spojrzeniami przez szybe. mysla ze to usmiech, ten bolesny skurcz miesni co kaciki jej ust rozciaga. i te oczy. te oczy przeklete, o ktorych wszyscy, oczy w ktorych widza blask taki, a to przeciez lza upadku.

noc. lezy bezsilnie na boku, zapach brudu wdycha. smierc za smiercia. odlicza sekundy do snu. skron na chusteczce ulozyla, bo poduszka juz plamy lez conocnych nosi. zasnie. nie zbudz jej nigdy.

znow krzyk w podbrzuszu. slow tyle jego. dlaczego do niej? rzuca na nia wszystkie te slowa o zyciu, a wie przeciez ze w niej smierc. a on drapie i drapie, kazdym slowem o tym cudzie rozdrapuje jej koszmar. i wie, widzi te krew miedzy nogami jej, a potokiem slow dalej zabija. dlaczego on jej to mowi…?

milosci. nie do zarzygania szczesliwej i przytulnej. milosci z oczu lichtensteina. dramatem serca rozrywajacej. kocham cie, ale musze odejsc. czarno-bialy film w pocalunkach ich.

chcialbym, powiedzial. chcialabym, odrzekla ona. nie padlo nigdy wiecej slow. niekonieczne tak, przeciez ich usta wiedza juz.
przystanek. ona uda ze nie widzi, lokciami o barierke podparta. pewnosc siebie wymaluje na twarzy przerazonej. on wbije spragnione palce w jej biodro lewe. przyciagnie. miekkie kolana jej. da mu swoj oddech rozpalony. on bedzie bral, cala swoja meskoscia wchlonie jej kobiecosc. wargi roztrzesione.
bedzie go kochac w malignie rozkosznej. narkotyczny sen zapachu jego. potem stana w progu, a jej rumiany policzek wypali lza. on tylko powie: musze odejsc.