przytulam sie do deszczu. wrazen mi trzeba, ironio. wrazen innych niz kop w twarz. wilgotne wargi. tusz splywa po policzku, juz nie wiem czy to deszcz czy lzy moje. wycienczenie.

skostniale palce, w kubek goracy sie wbijaja. brud i zapach cynamonu. parzy, parzy w rece, piersi, brzuch, nawet do plecow przez puste cialo ogien dotarl. czuje. prawie jak smierc.

krok za krokiem, niezaradne. stopy w kobiecosc ubrane, stuk i stuk. chwiejnie mrugam rzesami, powieki ciezkie od czerni wymalowanej.
tancze.
i wiem ze patrza sie. nie ma nic, tylko ja. biodrami ruszam smialo, wzrok twoj na posladkach mych. i nic ze pankrok, kolysze sie zmyslowo, w rytm twojego spojrzenia wtapiam sie. dla ciebie. potem udam ze nie widzialam cie.

umieram.
trace sie znow w tych ramionach, slaba. milosc cial. a moje serce krzyczec zaczyna. nie tylko o dotyk ten lubiezny. nie. o cien pod jego warga w polmroku. zaglebienie w jego szyi, w ktore nos wtapiam. o oczy we mnie wpatrzone, ktorych koloru wciaz nie znam. o wlosy, jakby za miekkie, jakby za cienkie, a ukochane. o niego.
umre znow. a nie cofne sie.
uwielbienie.

sny. moje o tobie, twoje o mnie.
moje miasto sni. moje miasto, jak ja. szare ulice, tylko policzki sklepow rozowe. wyobraznia mlodych serc ubarwione.

chcialabym byc moimi zdjeciami. fragmenty ulubione. usmiech krzyk kobiecosc krew nagosc namietnosc rozkosz. bez lez i mysli niepotrzebnych. bez ciosu za ciosem.

boli. tak, boli. bardziej niz krew. brud gniecie moja twarz, rozrywa, zabija.
zycie.