noce kiedy obled. noce kiedy oczy zamknac nie chca sie. i przemyk moja (a ona przeciez tylko, jak wariuje).
o cisze krzycze. w glowie przerazliwy wrzask, wrzask dni ostatnich.
bo brud juz nie tylko w srodku.
brudne cialo. nie tylko dusza juz, opuchniete, zaropiale, parszywe fragmenty mnie. lapczywy przelyk, chcial ukoic bol. bol co krwia chlapal sciany wytrzymalosci. gluchy bol.
mechaniczne dlonie, upadek za upadkiem w usta wpychaly. coraz nizej, coraz slabiej.
brudne cialo w klinicznej bieli. zyly iglami wypieszczone. martwa ona do lozka przybita. do konca smierci. oby sie narodzic znow…
brudna twarz. rysy nie jej, nienawisc do luster. ksztalty obolale, brudem zainfekowane. wstyd.
noce, kiedy tylko lzy wyczerpane… bo nie tak. nie mialo byc bezradnosci tej, paniki co zabija, palcow w podrapanym gardle, polamanej kobiecosci, nie mialo byc brudnego ciala. inaczej.

„mysli zle, troche ich mam, zabierz sobie ile chcesz.”