x-pression blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2006

obled

14 komentarzy

pokoj. moj maly obled. klatka mysli chorych, slow wyrzutami skrwawionymi.
bo nie ma zrozumienia, nie ma tego, co kiedys tyle energii dawalo.
jej slowa morduja.
ranisz. noz. placze. w. jestes zla. serce.
z calej sily, ono slabe, moim obledem poszarpane, a teraz ona swoj wbija we mnie, wbija do krwi slowami wykonczonej.
jestes nieczula, krzyczy, a przeciez nigdy nie bylam, przeciez to moja twarz. zimna. odlegla.
wrzask w glowie. uciec by chcial daleko, ale nie moze bo to jego miejsce. tak jak ja. ja, krzyk przerazliwy.
lza wypala policzek. wpija sie szybko w zmeczona skore, chowa przed jej oczami. milcze o zlosci, bezsilna, slow wydusic z siebie nie umiem. a moze wybor to moj, by nie robic tak jak ona, co poczucie winy przykleja do kazdej mojej minuty. wiec tylko obledna maska ciszy na mojej krzyczacej twarzy.
tylko noc kolysze. a rece na piersi, serce chronia przed ciosami.

krew

5 komentarzy

dzis, co dla mnie szarpiacym bolem w podbrzuszu jest, a dla ciebie tylko zapomnieniem. tego samego dzis wyrwal mi ja spod serca. zabral brutalnie zalazek milosci, ktora do konca miala byc. i tylko malenkie skarpetki zostaly, w nigdy nietknietym pudeleczku. zamknieta relikwia krwi. jedynej krwi, ktorej nie chcialam.

lza. i twoje zapomnienie. bo tak slepy nowym zyciem, oszukanym. i tak juz nikim stales sie.

obraz. brudna wanna. w niej jej bezsilne cialo. tak chciala ciepla, komfortu, a dal jej tylko brud i zimno. zrezygnowane dlonie myja martwa skore, bol uprzednich dni zmyc usiluja. ale krew. krew wczorajszego upadku, poszpitalne resztki zycia w podbrzuszu. przerazona struga krwi scieka po niby-bialym brudzie. jej krzyk. bo morduje w sobie ta swiadomosc, udaje ze nic, ze wcale nie, ale ta krew, jej krew, brutalna ewidencja konca. ewidencja smierci. jej wrzask.

jej koniec

znajduje slowa w kieszeniach, mysli z glowy wyszarpane, swistki mnie, co nigdy w calosc nie skleja sie. bo martwe przeciez… jestem slowami.
i te wszystkie pytania, co tez z liter zlozone, szukaja na siebie odpowiedzi w rozu dlugopisu, twardej strukturze klawiatury, na schludnym druku przytulonym do miekkosci papieru, i w spiewie glosnikow do ktorego nuce zamyslona. wszystko slowem. obklejona w wyrazy, litery zdania, jakby to pomoglo zrozumiec, jakbym ja latwiejsza stac miala sie. uwieziona, ciasno zwiazana slowem, co do krwi wrzyna sie.
i on nawet, moj dzien dobry i dobranoc, tylko slowem istnieje (a dlon krzyczy wsciekle by twarzy dotknac mogla). on, co slowa mi go daly. elektroniczna kaligrafia. poezja komputera.
ona krzyczy o nie, o moje slowa, bliskie, cieple, chce slyszec uczucia moje, a one przeciez nigdy nienazwane. wyrwac slowa z mojego serca by chciala, a ono ciche, gestym milczeniem spowite. nieopisane.
a kiedy zasne, tylko cisza…

cisza.

6 komentarzy

dzis nie ma slow w glowie. nie ma wsciekle dobijajacych sie zdan, wyrazen, metafor. zawsze ich burza tam gleboko, za zielonym blyskiem, a dzis cisza tylko. spia, zmeczone niekonczacym sie krzykiem. emocje tylko, tak bardzo nienazwane.
dzis ona, pustka po niej, bo kilometry ja zabraly. ja zamknieta, tlumilam swoje komplikacje, by stworzyc prosty usmiech. nie udalo sie. za duzo we mnie, i ta przekleta sciana, zlepek zlego, mysli chorych i wspomnien rozwrzeszczanych. a w nej cieplo tylko. moja zimna sciana.

wtulam sie w agresje, bo to moja moc. piesci zacisniete i przeklete slowa. bo lepiej wsciekac sie niz lzom pozwolic splynac, slabym. wiec je miazdze nerwami silnymi, a one przeciez bezbronne jak ja, postawic nie potrafia sie. i wtedy udawac moge niezniszczalna, i pewna siebie. teatr.

(tak jak ten przed lustrem, pudrowy dramat)

emocje bez slow. bo litery dopasowac ciezko do ich wzruszen. bo tak naprawde nie wiem, czym wrazenia te sa. przytulam sie do siebie, niepokornej, i czuje, czuje oddech kazdy z wielka moca.

slowa co sie z palcow sypia, o poranku i na dobranoc. deszcz, co z impetem morduje wycienczenie, splywa po miekkich ustach, rozciagajac je w usmiech. do niego. i bang bang w glowie.

(bardziej. za bardzo)

zabijam sie. zabijam chorymi myslami, nienawiscia, rezygnacja. soba. tak silna, ze skutecznie godze we wlasne serce. moja reka komplikacji. a przyjazn miala byc, ja i ja. kochanka fatalna.
zabija mnie wskaznik przy przerazajacej liczbie. moja obsesja. nozem w serce i poczucie kobiecosci. nie ma mnie juz, tylko ktos kim byc nie chce, wyrwac bym sie chciala z przekletego ciala. ukochane przeciez, a zdradza mnie.
zabijaja mnie oni, swoimi bezmyslnymi slowami, wylewaniem emocji o ktorych nie chce slyszec. swoich za duzo. okno za oknem, i slow tysiac, opowiadaja, pytaja, tak niewazni. chca cos znaczyc, a ja przeciez wypruta z uczuc, miejsca juz nie mam.

i wspomnienia, co goracej letniej nocy swoim usmiechem wrocily. i bol, bol ze juz nie… tylko grzecznosc.

i znow ukladanka, nigdy nie dokonczona, przekladane fragmenty. krzyk. mdle wizje, ledwo oddech lapia, ale dusza szybko sie i ich smierc tanczaca.

nie ma dzis slow. slonce je zabija swoja natretnoscia. klejace ciala, obrzydzona skora. tak jak sen.


  • RSS