odtwarzam mysli, mysli juz gdzies zanotowane, a takie nowe przeciez.

nocy tej, nocy piekielnie niespokojnej, kiedy skora jak poparzona, na kazdy bodziec wrazliwa. zadna nowosc przeciez, kawsze krzyczy o dotyk, mimo to intensywnosc zabija.

slowa sie polaly przez palce, wrazliwe jak zawsze, ty razem jednak umarly w otchlani komputera, i nie ma juz miliona mysli moich, nie ma wrazen, i tak jakby zniknelo to ze mnie.
zawsze daje siebie. przerazona, delikatna siebie. ile jej zostaje we mnie? a moze zrzucam ja z siebie tu, by wstac i pojsc przed siebie, lzejsza o te chore mysli?

nie ma motyli juz, zabite przedwczesnie, a to pewnie i dobrze, bo chore tak, ze bolaloby pozniej mocniej.
suche ich nieistnienie, a nawet pustki nie zostawily, jakby nie bylo ich nigdy. takim lepiej umrzec niz zyc bez zadnego celu.

a serce jak zwykle bije, krzyczy zauroczone, jak narkoman wije sie za swa heroina.

duzo o romansie bylo. tym, co strach ze nie istnieje juz.
bo nie ma juz gwiazd na niebie, i dwoch par oczu w nie wpatrzonych, bo wstydza sie w swa strone skierowac.
nie ma juz startych od zakochanych posladkow lawek w parku, w zaciszu pomiedzy drzewami.
juz nie ta era.
mezczyzna.
policzki rumiane, kiedy w rozpedzonym metrze puszcza ci hardcorowe empetrzy z nowego ipoda. coz za gest. dwudziesty pierwszy wiek.
a romantycznym jest jak czule wyciera swe nasienie z miekkiej skory twej twarzy i podnieconych powiek.
i wyuzdanie na internecie, lapczywe wirtualne dlonie, by spotkac sie pozniej i udawac ze nie stalo sie nic. bo w swiecie prawdziwym emocje kryc trzeba, taka cie wola.

a ja oszukalam ta ere. oszukalam dzis, i ukradlam swiatu jeszcze jeden usmiech romantycznosci. lapczywa.
dotyk jego, co do tej pory piescil okiem tylko.
sny co zabijaly. dzis zginela granica miedzy tym co w glowie, a tym co skora czuje. dzis sen stal sie. wkradlam sie w marzenia, i byl prawdziwy, on, przez siedemnascie godzin szczescia. smiech zmeczony noca przytulona, policzek spieszczony oddechem i rece na szyi spragnionej, dech zapieraly.

budzik realnosci jednak wkradl sie z wrzaskiem. i nie ma snu. tylko pamiec pocalunkow tych.
teraz ona w poduszke wtula sie. ja w slodka tajemnice.

dwudziesty pierwszy wiek wyzuty z romantyzmu. ukradlam ostatnie okruszki. teraz pora znowu zyc.

posprzatalam zycie swojego pokoju. mysli moje wszedzie, przeszlosc zapomniana. znalazlam swoj bol. lza niechciana, oczy szkliste, ekran tworza dla obrazow zdarzen zlych. podglad cierpienia tamtych dni. stop. wyrzucilam juz. by wiecej nie znalezc przy porzadkach fragmentow mych.