bedzie dlugo. bo mysli rozszalale, bo walcza we mnie o najcieplejsze miejsce, wrazenia chwil miliona.
gubie je, gubie wciaz. a z nimi siebie.

moja codzienna droga do pracy. siedemdziesiat piec minut mnie. razy dwa. siedemdziesiat piec minut ukladanki. otwieraja sie drzwi wagonu, a z nimi pudelko puzli w mojej glowie, moje leki, pragnienia, i ta wrazliwosc, przekleta wrazliwosc, bodzce z kazdej strony, i co z nimi zrobic mam… widze czego widziec nie chce, dusza otwarta na wszystkie strony a swiat uparty wrzuca w nia wszystkie swoje emocje, cala swoja sztuke i tajemnice. bezradnie rozkladam rece, bo coz z tego ze widze, coz z tego ze wiem, skoro maloscia swojego umyslu poradzic z tym sobie nie umiem.
i jade, ciepla won podziemia szarpie moja skore. ciekawe czy piwnice mojej podswiadomosci pachna podobnie. a szczury zlych wspomnien, smierci, krwi i bolu, wgryzaja sie chciwie w spokojna terazniejszosc.
ukladam. fragmenty szalenstwa, niedorzecznosci, w codziennym pociagu mysli wyjatkowo do siebie zdaja sie pasowac. natchnienie, bo juz widze siebie, bo wspielam sie na palcach, i roztrzesiona dlon wyciagnieta w niebo dotknela mojej jednosci.
enigma. i zniknal znak zapytania, jest moj obraz, i choc niepewna cieniutka przestrzen miedzy fragmentami puzli, to je skleilam w swoj obraz, tak rzadko wyrazisty, a teraz widze, teraz wiem, teraz moja ja.
magia pociagu. dlaczego kazdego dnia, mechanicznie, te drzwi sie otwieraja, i taniec mysli..? skladam siebie. chce ta madrosc, swiadomosc siebie zatrzymac, ale wysiadam, dojechalam, i niewidzialny wiatr rozdmuchuje male kawaleczki introspekcji, i juz nie, juz nie ma jednosci, nie ma mnie, nie ma oswiecenia i swiadomosci, juz znowu burza i chaos mysli. i emocje niespokojne, bo dusza wciaz otwarta, ale wojna znow, i znowu zgubilam siebie w tym natloku wrazen.
i wscieklosc, nieopisana zlosc na nadmiar mysli, analiz, bo ja juz nie chce, nie chce widziec, i usilowac wiedziec.
tak latwo by bylo nie myslec. tak latwo by bylo nie widziec. zimne serce miec i nie dostrzegac jak zrozumienie skomplikowane jest.
rozszalala dysharmonia.

zrywam z siebie resztki bolu. rozdrapuje z pasja. nie tego co gleboko, gdzie tetno niespokojne. tego z ktorym romans mam.
tego ktorego ze mna doswiadczyl on, on i oko jego aparatu. a tak naprawde moglo go nie byc, bo to moj fetysz, moje pragnienie, ale byl, i czul ze mna. wpuscilam go w swoja intymnosc. i choc moje cialo nagie, to najbardziej rozebrana osobowosc, i wtedy wiem kim jestem ja. zimne struzki czerwonosci na rozpalonej skorze. geste lepkie samoistnienie. i on. on co pierwszy takiej mnie doswiadczyl. bo nigdy dla kogos…

wkradlam sie w nia. tym razem ja. jej chore slowa, poszukiwanie siebie, sklejanie duszy swojej. trzydziesci piec bialych spokojnych kartek poszarpanych drobna czernia jej lekow i zaburzen. na dzis tylko tyle, trzy miesiace zycia nieswojego.
empatia. i jak mala dziewczynka, przylapana w garderobie mamy w komicznie za duzej sukience i szpilkach ja jej dwie stopki duzych. bo to nie moje emocje, a tak w nich mi dobrze, przymierzam, dotykam. szminke tez ukradla.
i mysle…
rozbieram sie tu, rozbieram bardziej niz przed aparatem, bardziej niz kontowersyjna heartcore. ze wszystkich swoich slabosci. zdzieram z siebie maske nieczulosci, i stoje tu, nadwrazliwa, przytulona tylko do dalece posunietych zaburzen (oprocz zaleznosci), a oczy chciwe lapia slowa moje, przymierzaja je, ogladaja, ze wszystkich czulych stron. jak wam z tym…?
aseksualna nagosc.

moja ona. zniknela na chwile, zniknelysmy my. a bylysmy czyms, dla siebie, w sobie, rozowym tuszem wrosniete pod skore. i przez chwile tylko pamiec londynskich nocy, i strach ze juz wiecej nie, ze ona nie chce. zazdrosc, zazdrosc zrodzila zlosliwosc, i wszystko nagle potluklo sie z niemym trzaskiem.
a przeciez mialo byc na zawsze.
blizniacze slowa, skora moja na zawsze nia oznaczona. i ona pomalowana we mnie.
rece wyciagniete znow. dotyk przyjazni.(a ona mnie maluje, kochana…)
zlap ze mna, zlap i sie wsciekle trzymaj. never regret.

motyle. w moim zoladku motyle. w nim, co nie wierzyl ze jeszcze mozna, trzepocza wsciekle podekscytowanymi skrzydlami. serce goraca krew wyteskniona pompuje z wyjatkowa zaciekloscia, i usmiech od niego, i lody slodkie jak to uczucie i serducho puka, no bo kurwa wiosna przyszla. a on razem z nia.

wrazenia chwil miliona.