meskosc. i choc nie moi, to kazdy w glowie gdzies, to kazdy kawalek drzacego serca rwie. szarpia, a ja chetnie rozdzielam kolory na piersiach i otwieram te czerwien krwista. tak, bierzcie mnie, kradnijcie moje emocje. mysli wyuzdane.

moi oni, bo kazdy codziennie swoje miejsce ma, bo witaja o poranku i na dobranoc pocalunki z liter sklecaja… rozpieszczona.

*

nie umiem kochac juz, on mi to zabral, on, co jedyny, ktoremu to slowo potrafie dac. bo jego zawsze bede i on mnie, bo milosc zycia nie co chwile zdarza sie. choc inny wymiar juz to, to ja go wciaz… tak. kocham.

wydarl to slowo ze mnie, i niczyje uszy nie uslysza go juz.

na chwile wkradl sie on. tobben. zabilam te milosc. jego milosc i moja iluzje. jestesmy martwi kochanie, a nasze serca nie znaja juz sie. slowa juz nawet umarly.

ale serce wciaz bije resztkami tchu. wyrywa zycie z oddechow meskich, bo on, i on, i… westchnieniami krzycza, wolaja, zatrzymac chca moj oddech dla siebie, a ja sama nie zdolna do tchu zlapania…

ten, co w serce nagle sie wdarl, i upiera zostac. bo pytania chore w glowie nie musza istniec, wystarczy byc. wstyd nawet sie nie narodzil. dni kilka tylko, i wymienic oddechy, i noc bedzie krzyczec.

i jest ten, co wkrada sie noca w moj telefon. skora rozwydrzona, wymyslila, zachciala jego dlonie. kusze jego slabosc. nienawidzi za to, ale wciaz jest, tym cichutkim dzwiekiem i wyuzdana wibracja, kiedy moje cialo rozmarzone w polsnie. i jeszcze tylko chwila, a wybuchnie to pragnienie.

i on, niesmiale oczy, pod nimi ogien. on, co szarpie moje mysli, drze moj oddech, on co brutalnymi slowami moje piersi drapie. zabija mnie dreszczem. krople krwi na dobranoc. a wyobraznia krzyczy o wiecej.

*

a to wszystko w myslach tylko moich i ich, wsciekla wyobraznia, slowa niecierpliwe, rwa sie na powierzchnie. moze jutro.

a ja nie umiem kochac juz