kochanie. wrasta we mnie. zagniezdza sie gleboko. strach, ze znow noz w serce i radosc, bo milosc w oczach. chociazbym miala zginac, to w ramionach tych.
w ramionach tych. a w mojej glowie chaos dzieje sie. czeka na pocalunek w czolo.
*
nacisnij spust kochanie. bang.
ciemna sala. muzyka daleko. przeszlosc i przyszlosc.
dlonie dzisiejsze do mnie przyklejone, do tej pory upragnione, a dzisiaj… obce takie… cialo obce na mnie, i milion pytan, i ten wzrok, wzrok co morduje moje oczy, a ja chcialabym tylko uciec, uciec daleko, uciec do nieba.
dlonie minione na kims innym juz. nie wytesknione, ale wciaz dziwnie tak, moze dlatego ze to ty, choc wiedzialam ze taka bedzie puenta. i czuje te oczy na moim karku, kilka par oczu, przeszlosc patrzy sie na mnie a ja nawet nie wiem czy jeszcze moge zlapac oddech. bo powietrza w plucach brak.
jest on, przez chwile wymarzony, chce powiedziec „przytul mnie”, nie ma jak jednak, bo czyjes cialo mnie sciska i nie wypada tulic kolegow, a te lzy miedzy powiekami tak bardzo potrzebuja schowac sie w ramionach czyisch.
i mysli tysiac. biegna, plyna jak ta woda w kranie, ktora puszczam po to by zagluszyc krzyk w glowie, przerazliwy wrzask. saczy sie do zlewu, leje mocno, i ona nagle, jej twarz, usta moje zawiazane, bo tak naprawde chyba nic do powiedzenia juz nie ma, tylko pelne slow nienazwanych spojrzenie.
metro. glowa na ramieniu moim, ciezka wbija sie we mnie, boli, bo ja juz nie chce dla mysli w tej glowie byc spoczynkiem. pedzi wagon po szynach, uciec nie ma gdzie tylko przykleic usmiech, dzielna udaje. on wyjatkowo nie chce rozmawiac, nie chce pytac, rozgrzebywac uczuc moich przerazonych. za to go dzis kocham. za chwilowa cisze.
*
wiatr, rece rozpieszczone mrozem. rece jego wzynaja sie w jej slabe biodra. wrosnac by chcialy. ona zimna, roztrzesione mysli. czolem tylko przytula jego spierzchniete usta, by oczy jego nie widzialy jej spuchnietych powiek.
i wscieklosc, jak ten wiatr, przeszywa kazda ich komorke. zlosc na te dni minione, na kazda chwile ktora destrukcyjnie w ich glowach zamet siala.
jej lza. oczy cierpia, rodza wilgotny owoc, lze przerazona. skula sie w cieplym kaciku oka, ale powieki roztrzesione nie chca jej. plynie wolno wyzlabiajac smutny strumien na policzku, caluje kacik ust, wypala slona blizne na brodzie, jak jezyk wedruje po jej szyi, piesci obojczyki, i wreszcie piersi, jedyne rozpalone miejsce na jej skostnialym ciele, jej piers, i serce, wypala dziure jak to ostrze w glab serca, i na tym sercu usycha, umiera…
ona juz tez martwa. wyciera wilgotna skore, dzielnie wspina sie na palcach. siega ustami ku jego twarzy. wargami nocy minionej poszarpanymi caluje go w wilgotny policzek.
odwraca sie i znika, odchodzi daleko, zabiera swoje mysli chore i nie ma jej juz przed oczami jego.
nie wiedzial jeszcze ze ten pocalunek byl ostatni